
Wiosna, wiosna…..
Chociaż według kalendarza zaczęła się wiosna, aura na dworze przypominała raczej listopadowe słoty. Pogoda nie zachęcała do prac ogrodowych i do zabaw na świeżym powietrzu. Nawet Święta Wielkanocne nie miały tradycyjnego, wiosennego nastroju.

Częste, silne wiatry sprawiły, że zebrało się bardzo dużo połamanych, suchych gałęzi. Wykorzystując bezwietrzny dzień, mogłam rozpalić ognisko. Zula oczywiście przez cały czas mi „pomagała”.

Po pracy chyba nie ma nic lepszego, niż głęboki sen w wiosennym słońcu.

Dopiero druga połowa maja zrobiła się prawdziwie wiosenna. Zakwitły krzewy i kwiaty, zrobiło się kolorowo.



Tradycyjnie już, Zula nie rozstaje się z ukochanymi piłeczkami.







Ponieważ nie udało mi się wysterylizować Zuli, wiedziałam, że niebawem nadejdzie pora urojonej ciąży. I oczywiście, bez względu na pogodę, zaczęło się kopanie jam. Mimo robionych przeze mnie barykad, zawsze udaje się jej kopać w miejscach kompletnie do tego nieprzeznaczonych.


Po tak pracowitym dniu, nie pozostaje nic innego, jak udać się na zasłużony odpoczynek.
